![]() |
| Betty w swej "naturalnej" przestrzeni |
Mam taką osobistą serialową
„listę hańby”. Znajdują się na niej tytuły seriali, które każdy obejrzeć
powinien, a których do tej pory nie widziałam. Tym razem odhaczam „Mad Men”.
Zaczynam 3. sezon, więc jeszcze sporo przede mną, ale już teraz jestem ogromnie
zaskoczona, jak ważną rolę pełni w fabule jedzenie. Już wcześniej sporo o
serialu słyszałam, ale jakoś nie trafiłam na analizy eksponujące obecność
motywów kulinarnych. Dziwne…
„Mad Men” pokazuje kwintesencję amerykańskiej kultury
konsumpcyjnej początku lat 60. – pracowników agencji reklamowej, ich rodziny oraz klientów.
To świat, którego istotę wytycza wynik potyczki Kennedy-Nixon; świat, w którym
za chwilę do głosu dojdzie pokolenie easy riderów, a kobiety dzielą się na te,
które chcą być jak Marylin i te, które chcą być jak Jackie. To też
rzeczywistość, w której za moment objawi się Julia Child. Nie sposób tu o niej
nie wspomnieć, ponieważ w tkance fabuły niezwykle ważną funkcję odgrywają postaci kobiece, ukazywane nie tylko barwnie i różnorodnie (choć i stereotypowo
jednocześnie, o czym jeszcze za chwilę), ale także – w procesie przemian. To o
tyle interesujące, że właśnie bohaterki są w serialowej czasoprzestrzeni pokazane
jako stawiające czoło rzeczywistości i podążające za nurtem
społeczno-kulturowych przemian. Z kolei męskie postaci wydają się w tej
rzeczywistości niejako „zasklepione” – opierają się zmianom; może ich nie rozumieją,
a może właśnie rozumieją na tyle dobrze, by wiedzieć, że ich nie chcą, bo
oznaczają upadek (lub co najmniej poważne zachwianie) męskiej dominacji…
